Po co piszę ten pamiętnik? Nie wiem. Być może chcę w ten sposób zachować chociaż odrobinę swojego człowieczeństwa, którego w zasadzie zostało mi niewiele. Bycie nowo narodzoną nie należy do najweselszych spraw…
Ostatnie, co pamiętam to para ognistoczerwonych oczu i białe jak śnieg kły rzucające się do mojej szyi. Potem już był tylko ból. Piekielny ból rozchodzący się po całym moim sztywnym ciele. Wiłam się z bezsilności, krzyczałam ile tchu w płucach. Ból był tak ostry i przenikliwy, że czułam go w każdym milimetrze swojego ciała. Darłam się w niebogłosy, krzyczałam najgłośniej jak tylko mogłam. Dziwne, że mnie nikt nie słyszał. A może słyszał, tylko nie zareagował? Nie wiem. Już mnie to nie interesuje. Kiedy ból trochę zelżał otworzyłam szybko oczy, by się dowiedzieć, czy żyję. Nie byłam tego wcale taka pewna. Moje bezwładne ciało nie współpracowało z mózgiem. Nie mogłam się podnieść przez jakieś dziesięć minut. Nie czułam nic, prócz lekkiego podmuchu wiatru, owiewającego moją twarz. Leżałam na obdrapanej podłodze, pod policzkiem czułam każde jej wgniecenie, każdą jej rysę. Brzuch i klatka piersiowa bezwładnie przylegały do nierównej, wilgotnej ziemi. Słyszałam szum morza. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Mimo iż panowała całkowita ciemność, widziałam wszystko doskonale. Małe pajączki wdrapujące się po skale na górę, kurz wirujący w rytm wiatru… Rozejrzałam się i zdałam sobie sprawę, że jestem w jaskini. Na zewnątrz sowy pohukiwały cicho, a wilki wyły donośnie do księżyca. Panowała noc. Niewielki snop światła, zapewne od księżyca wpadał przez dziurę wyżłobioną w ścianie. Wszystko słyszałam wyraźniej. Jakby działo się to tuż obok mnie. Uniosłam się na łokciach. Poczułam ból. Ogromny ból w okolicach klatki piersiowej. Tylko że to nie przypominało bólu fizycznego. Bardziej psychiczny. Nawet trudno było to nazwać jakimkolwiek bólem. Czułam wielką pustkę wewnątrz swojego ciała i umysłu. Mocno zacisnęłam powieki i przyłożyłam rękę do piersi w odruchowym geście. Wtedy to właśnie zdałam sobie sprawę, że moje serce jest martwe. Nie wyczułam żadnego, pojedynczego bicia. Pomyślałam, że to jakiś koszmarny sen, że to wszystko zaraz się skończy… Ale ból nie ustąpił. Upadłam na podłogę i skuliłam się w kłębek. Wcale nie było mi zimno, nie czułam nic. Zupełnie nic. Oprócz ogromnej pustki przenikającej przez całe moje ciało. Zamknęłam oczy i wtedy w mojej głowie ukazały się rozmazane obrazy. Przypominałam sobie powoli co się stało ze mną. Pamiętałam tylko, jak szłam leśną dróżką. Było ciemno i cicho. Minęła mnie jakaś kobieta bardzo elegancko ubrana. Przez wielki kapelusz, który miała na głowie nie dojrzałam jej twarzy. Jedyne, co mnie zaciekawiło to lekki, czerwonawy błysk pod rondem kapelusza. Przypomniało mi się, że pachniała lawendą. Bardzo mdłe perfumy – pomyślałam. A potem były już tylko oczy. Wściekle czerwone oczy i białe zęby, które uczyniły ze mnie to, czym teraz jestem.
Kiedy tak leżałam i próbowałam sobie przypomnieć wszystko dokładnie poczułam tą woń… Słodką, kojącą, a jednocześnie sprawiającą ogromny ból w przełyku. Odruchowo złapałam się za gardło i jedyne, o czym myślałam, to dostać się do źródła zapachu. Natychmiast rzuciłam się do biegu. Nie myślałam o tym gdzie biec – woń, którą czułam jakby sama mnie do siebie prowadziła. Moje zmysły działały z niesamowitą precyzją. Biegłam tak szybko, że obrazy po bokach rozmazywały się w jedną całość. Już z daleka zobaczyłam spacerującego młodego mężczyznę po plaży. Nie przestając biec dostrzegłam, że ma piękne, zielone oczy i kasztanowe włosy związane nad karkiem w koński ogon. On nawet mnie nie zauważył. Rzuciłam mu się do gardła, a w głowie miałam tylko jedną myśl: krew. Piekło w moim przełyku zelżało już pod wpływem pierwszej kropli… Kiedy skończyłam, spojrzałam na swą pierwszą ofiarę. Mężczyzna nadal miał otwarte oczy i grymas przerażenia na twarzy. Dotarło do mnie wtedy, że jestem mordercą. Że żyję tylko i wyłącznie dzięki krwi innych osób. Że bez wahania można mnie nazwać potworem. I że nienawidzę siebie. I tego, kto mi to zrobił.
0 komentarze:
Prześlij komentarz